Zaczynamy od Burgos (1)

Chyba od nadmiaru wrażeń po dojechaniu autobusem nocnym do Burgos głowa pękała mi w szwach, na dodatek miasto mnie zaskoczyło, pełne było pijanych ludzi usiłujących iść prosto – szli jak na zwolnionym filmie, ale faktycznie prosto, co chwilę wybuchając śmiechem. Ulice pełne były butelek, puszek, plastikowych kufli i moczu wymieszanego z piwem, zastanawiałam się gdzie jestem???

I ta bezlitosna godzina – 5 rano. Drzwi albergi otworzyły się przed 6 rano dla wychodzących na szlak pielgrzymów, ale dla przychodzących alberga czynna była dopiero od 12. Pomyślałam, że chyba do tej pory umrę…nie umarłam, przyjęli nasze plecaki wcześniej – o 8 rano i powłócząc nogami poszłyśmy na stare miasto wypucowane, pachnące i błyszczące od wody jak brzuch ryby.

Byłam pod wrażeniem, okazało się, że to niezwykłe powitanie Burgos wyglądającego jak nocny lokal po niezłej balandze, to po prostu poranek po nocy pełnej radości z powodu wygrywających w czasie Olimpiady hiszpańskich piłkarzy, a Hiszpanie potrafią się cieszyć i bawić jak mają powód!

Weszłyśmy, więc do Burgos jeszcze raz przez łuk triumfalny Arco de Santa Maria – jedną z dwunastu średniowiecznych bram miejskich. O tak, tym razem efekt był zupełnie inny! Łuk należy do najbardziej charakterystycznych zabytków Burgos. Znajduje się pomiędzy Mostem Świętej Marii na rzece Arlanzón, a Plaza de San Fernando, gdzie stoi katedra. Łuk jak i pozostałe budynki starego miasta zbudowany jest z typowego dla okolicy białego kamienia wapiennego.

Łuk Triumfalny

Pozaglądałyśmy do otwieranych właśnie piekarni i małych sklepików. Usiadłyśmy w kawiarence na starówce, żeby się napić kawy, zrelaksować i poczekać do południa.

O 12 otworzyli albergę, która mieści się na tyłach Katedry. Natychmiast po zameldowaniu się poszłam spać i spałam jak anioł, albo jak kamień, obudziłam się bez bólu głowy i super wypoczęta, taaak dobry początek – od razu wysnułam wniosek, że albergi są przyjaznym miejscem.

I tak to, byłyśmy w pierwszym mieście naszej wędrówki, w mieście leżącym na skraju Mesety Iberyjskiej nad rzeką Arlanzon, w regionie Kastylia i Leon. Nie tracąc ani chwili więcej wyruszyłyśmy na ponowne zwiedzanie.

b

 

Zaczęłyśmy od gotyckiej Katedry Świętej Marii z przełomu XIII i XIV wieku, znajdującej się na liście światowego dziedzictwa Unesco. Jest to jedyna katedra w Hiszpanii, która znalazła się na liście, jako samodzielna budowla, a nie część starówki. Zachodnia strona katedry z główną fasadą zwieńczona jest dwiema gotyckimi 84 m przepięknymi wieżami o ośmiokątnych ażurowych iglicach. Najbardziej charakterystyczną cechą katedry jest niezwykle misterna dekoracja kamieniarska.

Piękna katedra, wciśnięta w starówkę i zbocze niewielkiego wzniesienia, brzegiem którego ciągnie się droga do Santiago, pozostała za nami, a my ponownie powłóczyłyśmy się po zaułkach starego miasta i oczywiście na koniec zwiedzania wdrapałyśmy się na wzgórze, na którym, 75 m powyżej miasta wznosi się zamek Castillo de Burgos z roku 884.

No i wróciłyśmy do albergi na kolację i spać, bo wcześnie rano wyruszałyśmy w drogę…

Następnego dnia wstałyśmy skoro świt i po śniadaniu wyruszyłyśmy na naszą pierwszą wędrówkę po szlaku świętego Jakuba. Drzwi albergi otworzyły się jak zwykle około 6 rano, dla wyruszających na szlak. Byłyśmy niezwykle podekscytowane. Szłyśmy piękną drogą, jeszcze miasta, ciągnącą się dosyć wysoko na tyłach Katedry. Na drodze pojawiły się muszle świętego Jakuba, które miały nam już towarzyszyć do końca wędrówki.

Pierwsza rzecz, jaka nas uderzyła to wieże kościelne i dzwonnice, na których wierzchołkach pobudowane były bocianie gniazda. Bociany głośno klekotały dziobami. Muszę przyznać, że słyszałam i widziałam to pierwszy raz w życiu, pomimo, że bocianów w Polsce nie brakuje. Opuściłyśmy miasto i przez pola, drogą wijącą się po horyzont szłyśmy wciąż do przodu, niosąc cały nasz dobytek i posiłek na drogę na plecach.

Mijałyśmy rozpalone słońcem malutkie miasteczka.

Miałyśmy plan dojść do Hontanas tak by podążać do Santiago jak nasz książkowy przewodnik, ale już pierwszego dnia odkryłam, że na tej drodze, przewodnikiem jesteśmy my sami i gdy idąc po wielu godzinach bez cienia zobaczyłam po lewej stronie wysokie drzewa i dach jakiegoś małego domku, pomyślałam, „Boże, a może to alberga i można w niej spać?” I właśnie tak było, okazało się, że jest to maleńka alberga w San Bol. Nie wiem czy dlatego, że była to nasza pierwsza alberga po dniu wędrówki, czy po prostu dlatego, że jest maleńka i urocza, ale pamiętam ją bardzo wyraźnie. W niej jadłyśmy przy wspólnej ławie nasz pierwszy wspólny posiłek przygotowany przez Hostelierkę – zupę z soczewicy z chlebem. Pyyycha! Posiłek przygotowany dzięki wolnym datkom pielgrzymów – my zostawiliśmy pieniądze dla pielgrzymów dnia następnego.

DSC02884

 

Wypoczynek w tym miejscu był niezwykły. Drzewa szumiały jak morze i dawały cudowny orzeźwiający cień, zbawienne doznanie po całym dniu ukropu. Jeszcze tego pierwszego dnia w czasie wędrówki, po południu wydawało się nam, że po 18 zrobi się chłodniej – nie ma nic bardziej mylnego – po 18 zrobiło się podwójnie gorąco, gorąco biło z nieba i gorąco biło z rozgrzanej ziemi – czułyśmy się jak w piekarniku.

San Bol leży nad cudownym źródłem – pewnie stąd te drzewa w środku trawiastego terytorium płaskowyżu Mesety słynącego z ekstremalnych warunków pogodowych – nas spotkał skwar pustynny.

Ale wracając do źródła, legenda mówi, że kto opłucze w niej stopy ten do końca drogi do Santiago nie będzie miał już z nimi problemów – my faktycznie nie miałyśmy żadnych – czy to dzięki zbawiennym wodom źródła, czy dzięki super butom i kremom z olejkami mięty i eukaliptusa – nie wiem, jednak niosły nas w zdrowotności. A widziałyśmy niejedne biedne, utrudzone i poranione stopy, już tutaj w San Bol, gdzie spotkałyśmy dwóch braci z Danii. Starszy zabrał młodszego na pożegnalne wakacje przed długim wyjazdem z domu. Ich stopy, chociaż wędrowali dopiero kilka dni, wymagały interwencji lekarza. Szli w wysokich butach górskich, a na wieczory nie mieli wypoczynkowych sandałów sportowych odsłaniających i wietrzących strudzone nieco śmierdzące, nawet po umyciu „girki”.  To jeden z błędów popełnianych przez pielgrzymów. Bracia po usłyszeniu o cudownych właściwościach leczniczych źródła pognali do niego i zostali tam kilka godzin.

W alberdze w San Bol nie ma światła, ale to niczemu nie przeszkadza, bo już zanim się ściemniło spaliśmy wszyscy jak dzieci. W nocy zrobiło się bardzo zimno, a wiejący szalony wiatr wzmagał to uczucie, tym bardziej spało się przepysznie w murach przytulnej albergi, słuchając ze śpiwora szumu wiatru i drzew.

O świcie, po śniadaniu przy świecach i herbatnikach z dżemem na deser wyruszyłyśmy żwawo w dalszą drogę do Santiago.

11

Buen Camino!

 

7 uwag do wpisu “Zaczynamy od Burgos (1)

    • My szłyśmy tylko od Burgos do oceanu (600km) powoli przez miesiąc. Wiem, ze ludzie sobie dzielą przejścia na krótsze, ale nie dzieliłabym na krócej niż 2 tygodnie – żeby poczuć atmosferę i wczuć się w drogę. Trzymam kciuki, ale jak to mówią jak nie teraz to później 🙂 Marzenia się spełniają!

  1. Pingback: Subiektywny alfabet kobiety w podróży (D) | fabryka czasu ulotna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s